Dlaczego giganci bankowi inwestują miliardy w ożywienie rynku nieruchomości
Rynek mieszkaniowy w USA dostaje właśnie zastrzyk gotówki, jakiego nie widziano od dekady.

Jak donosi Realtor.com, JPMorgan Chase zapowiedział w tym roku wdrożenie 750 miliardów dolarów w inicjatywy mieszkaniowe do 2035 roku w ramach „American Dream Initiative" – milion zachowanych lub wybudowanych lokali w cenach dostępnych oraz pomoc w zakupie dla 500 tysięcy klientów. Do akcji dołączają Wells Fargo, Citibank i Bank of America, tworząc czterobankowy front, który ma przywrócić płynność na rynku dotkniętym najniższą aktywnością od lat.
Co tak naprawdę napędza banki
Nie łudźcie się – banki nie wchodzą w rynek mieszkaniowy z powodu nagłego przypływu empatii. Według danych z Realtor.com liczba udzielanych przez duże banki kredytów hipotecznych od trzech lat utrzymuje się poniżej 500 tysięcy rocznie, podczas gdy przed pandemią regularnie przekraczała milion. W pierwszym kwartale 2026 roku Amerykanie zaciągnęli zaledwie 581 tysięcy kredytów na zakup domu – to spadek o 19% kwartał do kwartału i najniższy wynik od dwunastu lat. Przy takiej marce bankowcom po prostu kurczy się biznes, więc zaczynają walczyć o podaż, nie tylko o popyt. Bernard Nossuli, dyrektor operacyjny firmy analitycznej iEmergent, wprost mówi, że rynek jest rozjechany przez wysokie stopy i brak sygnałów z Fed.
Ten mechanizm ma swoje polskie echo. U nas rynek deweloperski też czeka na ruch RPP, a deweloperzy od miesięcy sprzedają coraz wolniej. Jeśli wielcy gracze za oceanem ratują własny biznes, udając, że ratują „marzenie o własnym domu", to warto zadać pytanie, kto tak naprawdę zarabia na kolejnej edycji taniego kredytu – czy kupujący, czy banki.
Na co uważać przy przenoszeniu tego schematu do Polski
Bank of America wyłożył od 2019 roku 15 miliardów dolarów na pożyczki i granty powiązane z wkładem własnym oraz kosztami zamknięcia, współpracując z trzystoma organizacjami doradztwa hipotecznego. Brzmi pięknie, ale audyt umów pokazuje, że za taką kurtyną kryją się konkretne warunki: limity dochodowe, geografia, kryteria scoringowe, które eliminują znaczną część wnioskodawców. W Polsce obserwujemy to samo zjawisko przy programach typu „Bezpieczny kredyt 2%" – beneficjentów jest mniej, niż obiecuje się w nagłówkach, a banki inkasują prowizje i wiążą klienta na lata.
Zanim więc w Polsce pojawi się kolejna edycja wspierania kredytobiorców, sprawdź w umowie trzy rzeczy: rzeczywistą wysokość marży po okresie promocyjnym, definicję „klienta pierwszego domu" (banki czasem liczą każde mieszkanie od urodzenia) oraz klauzulę wcześniejszej spłaty. Bez tego każdy „darowany" punkt procentowy zamienia się w ładnie opakowaną pułapkę.
Co warto obserwować w najbliższych miesiącach
Z raportu Realtor.com wynika, że banki lobbują też za reformami planowania przestrzennego i zmianami norm budowlanych – to klasyczny zabieg lobbystyczny, który ma rozluźnić rynek gruntów i obniżyć koszty budowy. Jeśli ten model trafi do Polski, spodziewajcie się kampanii medialnej, że „trzeba odblokować podaż", co w praktyce oznacza zgodę na patodeweloperkę na obrzeżach miast i dalsze rozlewanie się suburbiów. Już teraz warto śledzić zapowiedzi KNF i KIR dotyczące nowych form wsparcia kredytobiorców – tam rozstrzygnie się, kto na tanim pieniądzu naprawdę skorzysta, a kto dostanie kolejną porcję iluzji w zamian za trzydziestoletni kredyt.